Rozdział 33 3 Do kogo on był podobny?

Przed przeczytaniem zachęcam do posłuchania piosenki. Zapraszam do czytania ostatniego rozdziału trzeciej serii!

Wszyscy nadal byli w szoku po sytuacji z łosiem. Samo zwierzę pokopało jeszcze chwilę boga wojny, a potem wzbiło się w powietrze i odleciało. Za nim pobiegły łowczynie. Obozowicze doskonale radzili sobie z potworami. Gdy minęły dwie godziny, mieliśmy już przewagę liczebną nad armią przeciwnika. Ja i Leo spokojnie podeszliśmy do Aresa zwijającego się z bólu. Kilkumetrowy bóg leżał na ziemi i chyba zaczynało do niego docierać, że przegrywa z ,,heroskami”. Nie miał jednak siły nic zrobić. Wiedzieliśmy, że jest nieśmiertelny, ale Leo był tak wściekły, że chciał wyrządzić wrogowi tak wielką krzywdę, jak tylko był w stanie.

- Leo- powiedziałam- Słyszałeś, że nie wolno kopać leżącego?- Popatrzył na mnie zaskoczony- Ale przecież można go pokonać mieczem.

Chłopak zaśmiał się nerwowo, po czym zamachnął się bronią i zadrapał ramię Aresa.

- Już… wystarczy…- wysyczał bóg.- Wygraliście.

- Powtórz.- rozkazał Valdez.

- Wygraliście!- krzyknął ponownie, a później zniknął.

Poszliśmy do Chejrona. Centaur pogratulował nam zwycięstwa, pozwolił iść do domków, a następnie podszedł do reszty półbogów, którym zostało jeszcze kilkadziesiąt potworów. Udaliśmy się do domku Posejdona. Na łóżku Percy’ego siedział Casper. Wycierał ręcznikiem mokre włosy.

- Już jesteście!- zawołał- I jak?

- Wygraliśmy, wiadomo!- odkrzyknął Leo i przybił Hammersonowi piątkę.

- Jen, była tu Annabeth.- człowiek-kwiat zwrócił się do mnie- Prosiła, żebyście jak najszybciej przyszli do niej, do szpitala obozowego. Mówiła, że miała jakąś wizję, czy coś.

- Dobrze, już idziemy. Leon, pośpiesz się!

Czekając na przebierającego się Valdeza zamoczyłam rękę w wodzie ze źródełka w rogu pokoju, żeby zagoić rany i zadrapania. Wydawało mi się, że ta woda jest jakaś inna… Niespokojna? Jakby chciała mi coś przekazać. Przyjrzałam się dokładniej i zobaczyłam w niej twarz jakiegoś mężczyzny. Miał brązowe włosy, tego samego koloru oczy, brodę i kilka blizn. I ten znajomy uśmiech… Kogoś mi przypominał, ale nie miałam pojęcia kogo. Kiedy z drugiego pokoju wyszedł przebrany już Leon i spytał czy wszystko dobrze, zorientowałam się, że od kilku minut stoję z ręką w źródełku i patrzę na to odbicie. To musiało naprawdę zabawnie wyglądać.

Nie powiedziałam chłopcom o tym, co zobaczyłam w wodzie. Ja i syn Hefajstosa wyszliśmy z domku i skierowaliśmy się w stronę obozowego szpitala. Na jednym łóżku leżała Ann i patrzyła w sufit nieobecnym wzrokiem.

- Annabeth?- odezwałam się cicho. Dziewczyna spojrzała na mnie, a jej wzrok wydawał się wrócić do normalności.

- Dobrze, że przyszliście. Gratuluję.

- Dzięki. Casper mówił, że miałaś jakąś wizję. O co chodzi?

- To był sen, albo raczej wizja w trakcie snu. Widziałam Percy’ego. Był w jakimś dziwnym pokoju, takim metalowym, z jakimiś przyciskami, dźwigniami… Na ścianie wisiał duży ekran, a na nim wyświetlała się głowa jakiegoś mężczyzny.

- Jak wyglądał ten mężczyzna?- spytałam.

- Nie pamiętam dokładnie. Miał chyba brązowe włosy… Tak, i brodę.

- Widziałam go w źródełku.- oznajmiłam- Jak leczyłam rany, w wodzie pojawiła się twarz tego faceta.

- Dziwne. To chyba też była wizja… Idźcie z tym do Chejrona. Jak stąd wyjdę, to pójdziemy szukać Percy’ego.

Opowiedzieliśmy wszystko naszemu nauczycielowi. Był już wieczór, ale mi wcale nie chciało się spać. Przed oczami cały czas miałam twarz tamtego mężczyzny. Próbowałam sobie przypomnieć, do kogo on był podobny?

Tak się kończy trzecia seria. Oficjalnie ogłaszam: Będzie czwarta! :-D

Jak myślicie, gdzie jest Percy? Kim jest mężczyzna z wizji Jen i Annabeth? Co to za pokój?

Komentujcie!

Rozdział 32 3 Niespodziewany finał Bitwy

Obóz dawno stracił przewagę. Chejron biegał po całym polu bitwy, krzycząc i wymachując mieczem. Część pszczół będących Frankiem leżała na ziemi. Casper odbijał płonącą broń Aresa, przy okazji wykrzykując obraźliwe wyrazy w jego kierunku. Diana, Piper i pozostali zabijali potwory wciąż wychodzące z lasu. Tymczasem Leo podszedł do mnie od tyłu i powiedział mi do ucha:

- Otoczmy go.

- Co?- obróciłam się do chłopaka, a koło głowy świsnął mi sztylet- Dobra, bierz Caspra do pomocy i idźcie, tylko uważajcie na siebie.

- Oczywiście, jak zawsze.- uśmiechnął się słabo i pobiegł do Hammersona osłaniając się tarczą.

Pszczoły w tym czasie zebrały się w jednym miejscu i po chwili zamiast nich był tam Frank, z krwawiącym nosem i poważną raną na łokciu. Wstał, zrobił unik przed pędzącym mieczem i zaczął podchodzić do Aresa z lewej strony. Z prawej szedł Valdez, a Caspra nigdzie nie widziałam. Nie, jednak widziałam. Chwila, znowu zniknął. Popatrzyłam na ziemię. Chłopak co chwila zmieniał się z człowieka w kwiatka, i odwrotnie. Z każdą przemianą podbiegał kilka metrów bliżej. Teraz znajdował się około 15 metrów od boga wojny. Osłoniłam się lepiej zbroją i tarczą, po czym pobiegłam w kierunku Aresa, co chwila przeskakując lecące ostrza lub schylając przed nimi głowę. Byłam tak skupiona na tym zadaniu, że odwróciłam się dopiero, gdy usłyszałam krzyk ,,Frank!”. Zhang leżał nieprzytomny na ziemi z lewym ramieniem odchylonym pod dziwnym kątem. Rzuciłam jeszcze okiem na rękojeść miecza wystającą z ręki chłopaka, krzyknęłam ,,Niech go ktoś stąd zabierze!” i pobiegłam dalej. Casper stał już przy stopach kilkumetrowego boga. Skoczył na jego nogę i wbił swoją klingę w okolice stawu skokowego. Ares ryknął, trochę z bólu, trochę z wściekłości. Pochylił się, złapał Hammersona i rzucił do jeziora. Posejdonie, spraw, żeby się nie utopił. Zrób cokolwiek.- pomyślałam.

Podbiegłam do Leona. Staliśmy teraz za przeciwnikiem, który jednak szybko się obrócił. Odbijaliśmy płonące miecze. Byłam zmęczona. Nie wiedziałam nawet ile godzin minęło od rozpoczęcia bitwy. W myślach miałam tylko jedno zdanie. Dwa wyrazy, które rujnowały plany moje i moich przyjaciół, sprawiały, że na twarzach herosów pojawiał się wyraz smutku. Obóz przegrywa.

- Leon, co robimy?!- zawołałam.

- Nie wiem, myślałem, żeby…- Valdez zamilkł. Ja też. Ares też. Półbogowie, potwory, cały Obóz zamilkł.

Obok twarzy Leona przeleciała strzała. Sekundę później z pomiędzy koron drzew wyskoczył (właściwie wyleciał) wielki, złoty łoś. Wszyscy wstrzymali oddech. Zwierzę poszybowało, ścigane strzałami łowczyń. Wszystko wyglądało jak w zwolnionym tempie. Łoś leciał w kierunku Aresa, a kiedy znalazł się nad nim, po prostu spikował. Uderzył w głowę boga wojny, raniąc go przy tym. Potem, jakby tego było mało zaczął kopać go po twarzy. Herosi zaczęli krzyczeć z radości i z nagłym przypływem sił rzucili się do bitwy.

Takiego finału Bitwy chyba się nie spodziewaliście! :-) Zaskoczyłam Was tym łosiem? Do końca serii został jeden rozdział!

Komentujcie!