Rozdział 1 4

Witam wszystkich w czwartej serii! Cieszę się, że tyle osób zagląda na mojego bloga. Zapraszam do czytania pierwszego rozdziału!

Puk puk.
Otworzyłam oczy, ale zaraz zamknęłam je z powrotem. Wieczorem zapomniałam zasłonić okien, więc teraz promyki słońca skakały sobie wesoło po mojej twarzy.
Puk puk.
- Kto… tam?- powiedziałam ziewając.
- To ja!- rzeczywiście, ta odpowiedź wiele wyjaśniła. Byłam zbyt zmęczona, żeby rozpoznawać, czyj to głos.- Chodź szybko!
Wstałam z łóżka i boso poczłapałam do drzwi. Na dworze stał Leo.
- Wiesz, Ares też powiedziałby ,,To ja! Chodź szybko!”, gdyby chciał mnie zwabić w pułapkę.- oceniłam będąc już trochę bardziej rozbudzona.
Chłopak tylko się zaśmiał.
- Co cię do mnie sprowadza?- spytałam.
- Za chwilę kończy się pora śniadania, a Chejron ma coś ważnego do ogłoszenia pod koniec. Cały się trzęsie z nerwów. Chciał, żeby ktoś po Ciebie przyszedł.
- I przyszedłeś ty… Teraz już chyba nie pośpię- westchnęłam. Gdyby centaur wysłał kogoś innego, wystarczyłoby powiedzieć ,,Chcę spać, później mi powiecie!” i nieproszony gość wróciłby do stołówki.
Po bitwie wszyscy mnie słuchali, co niekoniecznie mi się podobało. Wykorzystywałam to tylko wtedy, gdy np. chciałam dłużej spać. Jedyną osobą, która nie wyskakiwała mi co chwilę z pytaniami typu ,,Czy nie potrzebujesz czegoś?” lub ,,Może ci pomóc?” był Leo. Byłam mu wdzięczna, że zachowuje się normalnie. Przecież razem ze mną pokonał Aresa, a jego nikt nie wyróżniał. Dlatego, gdy wieczorem po bitwie zbieraliśmy kawałki zbroi i broni z polany, powiedziałam do kilku synów Apollina ,,Pomóżcie Leonowi”. Valdez męczył się z trzema hełmami, dwoma częściami złamanej włóczni i napierśnikiem w rozmiarze XXL, podczas gdy ja niosłam tylko jeden sztylet.
Nie rozumiem, dlaczego wszyscy uważają, że to dzięki mnie wygraliśmy z bogiem wojny, skoro Leo przyczynił się do zwycięstwa w równym stopniu.
Moje rozmyślania przerwało chrząknięcie zniecierpliwionego herosa.
- Możesz wracać na stołówkę, zaraz przyjdę.- odezwałam się.
- Zaczekam na ciebie.
Weszliśmy do domku, a Valdez usiadł na moim łóżku. Wyjęłam z szafy czyste ubrania i poszłam do łazienki. Kilka minut później wróciłam do pokoju, a widok, który zastałam, sprawił, że zaczęłam się śmiać. Leo leżał na moim łóżku i brudził moją kołdrę swoimi sandałami. Jego głowa zwisała tak, że zamiatał włosami podłogę. Przyszedł, żeby mnie obudzić, a sam zasnął. Prawdziwa ironia.

Podeszłam bliżej. Po chwili na policzek chłopaka spadła z sufitu kropelka wody.
- Jen…- mruknął.
-Wstawaj, musimy iść- powiedziałam.
- Jen…- powtórzył. Uświadomiłam sobie, że on to mówi przez sen. Musiałam mu się śnić. Zdziwiona moim odkryciem zrobiłam krok w stronę łóżka, a na twarz Leona spadły następne krople.
- Leo, masz ostatnią szansę, żeby wstać suchy!- oznajmiłam, a jako odpowiedź usłyszałam kolejne ,,Jen…”.
- Nie to nie.- uśmiechnęłam się. Chwilę później z sufitu spadało coraz więcej wody. Na początku były to pojedyncze krople, ale gdy to nie dawało efektów chlusnęłam na śpiącego Valdeza większą ilością wody niż ta, która jest w basenie w piwnicy. Chłopak zerwał się z łóżka jak oparzony. Cały ociekał wodą.
- No wiesz ty co?!- zawołał- Ja tu cię ratuję przed Aresem, a ty mnie budzisz w tak… brutalny sposób?!
- Śniło ci się, że mnie ratujesz?- uśmiechnęłam się i uniosłam brew.
Syn Hefajstosa milczał, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że mam rację.
- Chodź już na to śniadanie.- powiedział.
Wyszliśmy z domku Posejdona i skierowaliśmy się w stronę stołówki. Na polanie nie było ani jednej osoby. Wszyscy czekali na ogłoszenie Chejrona.
Zajęłam swoje miejsce przy stole, obok Caspra. Mój brat kończył jeść niebieskiego naleśnika. Tak to jest, jak się mieszka z Percy’m. Tego zdążył go nauczyć Jackson, zanim zniknął.
- Smacznego.- powiedziałam sięgając po dżem z obozowych truskawek.
- Dzięki- mruknął Hammerson podczas gryzienia kolejnego kawałka.

- Uwaga, uwaga!- rozległ się głos z głośników. Chejron stał na podwyższeniu i tupał przednimi kopytami, by uzyskać ciszę.- Proszę, przestańcje na chwilę jeść.
Ucichły wszystkie rozmowy i szepty. Siedzieliśmy wpatrzeni w nauczyciela i czekaliśmy. Po chwili kontynuował.

- Na Olimpie panuje zamieszanie. Ares nadal jest bogiem wojny, ale zrezygnował ze swojego miejsca wśród Olimpijczyków. Nie ma już tam swojego tronu. Nikt nie widział go od czasu bitwy. Jest mu wstyd, że przegrał.

W tej chwili herosi zaczęli krzyczeć i bić brawo. Ja zaklaskałam tylko kilka razy, bo widząc nerwowy uśmiech Chejrona wiedziałam, że nie tego się spodziewał po swoich wychowankach. Niektórzy korzystając z chwilowej przerwy wrócili do jedzenia. Leo wpakował sobie do ust wielki kawałek tosta. Rozejrzał się dyskretnie dookoła, czy nikt tego nie widział. Jednak zwrócił na siebie uwagę dławiąc się. Siedzący obok niego umięśnieni, wysocy synowie Hefajstosa puknęli go w plecy. Niestety trochę za mocno. Valdez wypluł tostową kulkę, która poszybowała pod same nogi Chejrona.
Centaur odchrząknął i spojrzał znacząco najpierw na kawałek chleba, a następnie na Leona. Chłopak błyskawicznie stał się jeszcze bardziej czerwony, niż był przez zadławienie. Z powrotem stało się cicho.
- Dziękuję Ci, Leo, za tę… hm… ofiarę.- nauczyciel uśmiechnął się- Ale teraz chciałbym dokończyć ogłoszenie.
Zawstydzony półbóg kiwnął lekko głową, a następnie schował twarz w dłoniach.
- Dobrze, więc jak już mówiłem… Ares nie ma już miejsca na Olimpie, ale to nie wszystko. Z Olimpu zniknął jeszcze jeden bóg. Nie wiadomo, co się z nim dzieje. Nie powiedział, czy nadal chce zachować swój tron i swoje miejsce na Górze Bogów. Nie wiemy, gdzie jest. Nie wiemy, czy wróci. Z dwunastu bogów została dziesiątka. Olimp się rozpada. Jak tak dalej pójdzie… och, nawet nie chcę myśleć, co będzie, gdy wszyscy Olimpijczycy będą rezygnować, uciekać, po kolei…
- Jaki to bóg, Chejronie?- spytałam, gdy centaur przerwał.
Cisza. Wszyscy czekali, aż dowiedzą się, kto opuścił Olimp. Casper patrzył to na nauczyciela, to na swojego niedokończonego niebieskiego naleśnika. Leon odsunął swój talerz wgłąb stołu. Frank siedział sam przy stoliku Aresa, jako syn Marsa i bawił się widelcem. Hazel oglądała z zaciekawieniem kawałek obrusu. Piper chichotała cichutko razem z innymi córkami Afrodyty. Jason siedział wyprostowany i wycierał o koszulkę okulary. Diana, tak jak reszta półbogów z jej domku, patrzyła na Chejrona i oczekiwała, aż coś powie. Tylko Annabeth, mocno zgarbiona, siedziała, a właściwie leżała, z głową na stole. Nie widziałam jej twarzy, bo zasłaniały ją jej jasne włosy. Nie jestem pewna, czy nie spała. Na stole przed nią nie było żadnego talerza, tylko kubek z kawą, co oznaczało, że nic nie jadła.
Zajęta oglądaniem moich przyjaciół, zapomniałam o nauczycielu stojącym na podwyższeniu, który nagle przerwał ciszę.
- Hefajstos…- powiedział cicho, ale wszyscy dokładnie usłyszęli.
- WIEDZIAŁAM!- krzyknęła Annabeth, podrywając się z krzesła jak oparzona. Jej wzrok był nieobecny, a twarz blada, jakby nie jadła i nie spała kilka dni. Najprawdopodobniej tak właśnie było.
Dziewczyna omiotła salę spojrzeniem, a następnie drżącą ręką chwyciła kubek z kawą, wylewając połowę.
Wybiegła ze stołówki tak szybko, że wszyscy zrozumieli, co się stało, dopiero po kilku sekundach.

Co myślicie o rozdziale? Zaskoczyłam Was?
Komentarze mile widziane. :)

Miniaturka- prolog 4 serii

Cześć Wam! Oto miniaturka z okazji 10000 wyświetleń bloga, troszkę spóźniona ;). Dedykuję ją wszystkim, którzy zaglądają regularnie na tego bloga i komentują :)
Akcja dzieje się podczas 3 serii, wtedy, gdy Casper tworzy ogród i bawi się w nim z Percym. Później przybiega do Jennette i próbuje powiedzieć jej, że Jackson zniknął, ale zmienia się w kwiatka.
Jest tu wyjaśnione, co się dzieje z Percy’m, więc ta miniaturka to także prolog czwartej serii. Rozwiązują się niektóre tajemnice. Emocji nie zabraknie. Zapraszam do czytania :).

- Casper, nie goń mnie!
Percy uciekał najszybciej jak umiał, co jakiś czas lekko podskakując. Biegł po ścieżce, bo Hammerson nie lubił, gdy ktoś deptał trawnik. Zmęczył się i zwolnił trochę. Obrócił się i zauważył, że Chłopiec-kwiat zaczął go doganiać. Percy odwrócił się z powrotem i spostrzegł, że jest przy wyjściu z ogrodu i nie ma gdzie uciec. Za nim znajdowała się niska, drewniana bramka, a po bokach trawnik. Casper zorientował się, że jego brat nie ma dokąd uciekać, dlatego zaczął iść w jego stronę powolnym krokiem. Po co ma się spieszyć, skoro Percy i tak nie ma jak uciec?
- I co teraz zrobisz?- spytał.
- Jak to co? To logiczne, że ucieknę!- odparł uśmiechnięty Jackson, po czym przeskoczył bramkę. Chwilę później wmieszał się w tłum obozowiczów i Casper stracił go z oczu.

Zatrzymał się dopiero przy jednym z ostatnich domków. Był zmęczony biegiem i chciał odpocząć od krzyku i hałasu, dlatego zdecydował się posiedzieć z tyłu budynku. Nie miał ochoty wracać do siebie, bo musiałby pomagać Jennette w sprzątaniu salonu. Gdy usiadł na trawie, oparł się plecami o ścianę domu i poczuł chłodny metal, zorientował się, do jakiego boga on należy. Hefajstos-pomyślał-Może odwiedzę Leona, jak już tu jestem. Przy okazji się czegoś napiję.
Wstał i już miał wyjść zza domku, żeby zapukać do drzwi wejściowych, gdy zobaczył inne drzwi, całe z metalu. Był bardzo spragniony, więc chciał szybko dostać się do środka.
Tylne wejście. Pójdę tędy, będzie szybciej.

Podszedł do drzwi. Obejrzał je dokładnie myśląc, że to może być pułapka. Nie znalazł nic nadzwyczajnego. Nacisnął ręką klamkę. Sądził, że będzie musiał użyć większej siły, więc zdziwił się, gdy klamka ustąpiła po lekkim dotknięciu. Drzwi się uchyliły. Nie wiedząc, co robić, zajrzał w szparę i zobaczył tylko ciemność. Wyczuł pułapkę i zamierzał uciec, lecz wtedy drzwi błyskawicznie otworzyły się, co dziwne, do wewnątrz. Zobaczył korytarz wyglądający jak szyb wentylacyjny, idący pionowo w dół. Poczuł powiew gorącego powietrza i nagle coś zaczęło ciągnąć go w kierunku korytarza. Wyrywał się i próbował biec, ale to nic nie dało. W dodatku podskakując uderzył się w głowę o metalową futrynę drzwi. Syknął z bólu, a chwilę później poczuł, jak po policzku cieknie mu krew.
Powietrze robiło się coraz bardziej gorące i ciągnęło go do budynku. Poczuł przerażenie, gdy stopa ześlizgnęła mu się do szybu. Wejście zaczęło się zamykać, więc chłopak musiał zabrać z progu też drugą nogę, żeby metal mu jej nie zmiażdżył. Po kilku sekundach drzwi zatrzasnęły się z hukiem, a on spadał szybem nie wiedząc, co zastanie na dole. O ile się nie roztrzaska.

Gdy odzyskał świadomość leżał na ciepłej, czerwonej poduszce (możliwe, że była czerwona od jego krwi). Nad sobą zobaczył znajomy szyb. Znajdował się w małym pokoiku z metalowymi ścianami. W środku była tylko ta wielka poduszka, jakby ten, kto wymyślił pułapkę nie chciał, by spadający roztrzaskał się na dole.
Percy wytarł twarz koszulką, a następnie spróbował wstać. Gdyby nie to, że pomieszczenie było małe i przez to oparł się o ścianę, upadłby z powrotem na podłogę. Przeżył jeszcze większy szok, gdy ściana zaczęła się odsuwać. Chciał przejść kawałek, by z powrotem znaleźć się na poduszce, ale silne zawroty głowy i krew cieknąca po twarzy mu to uniemożliwiały. Potknął się przy drugim kroku i postanowił usiąść na podłodze.

Zobaczył światło dochodzące zza szpary, która powiększała się, gdy ściana się przesuwała. Wstał powoli i zaczął iść. Dotarł do otworu, w który teraz spokojnie mógł wcisnąć głowę. Wolał tego nie robić, bo nie wiedział, czy to mu jej nie odetnie.
Chciał zawrócić, ale spostrzegł drugą ścianę tuż za nim. Widocznie ona też się przesuwała, żeby uniemożliwić mu powrót. Czerwona poduszka zniknęła.
Percy pomyślał, że chyba już nic tutaj go nie zaskoczy. Niestety chwilę później, gdy był zmuszony przejść przez otwór, żeby ściana go nie zmiażdżyła, zorientował się, że nie miał racji.

Pomieszczenie było całe z metalu. Na ścianach i suficie znajdowało się wiele przycisków, dźwigni i innych przedmiotów, których Percy nigdy nie widział. Na przeciwko ,,wejścia” do pokoju wisiał ogromny ekran, a przed nim stał wielki, czarny fotel. Jackson nie wiedział, czy ktoś tam siedział, ponieważ krzesło było obrócone tyłem.
Wszystko wyglądało jak siedziba złoczyńcy z bajek, które pokazywała mu mama w dzieciństwie.

Gdy fotel zaczął się odwracać, syn Posejdona poczuł, że jest mu okropnie gorąco. Starł trochę krwi z czoła i zaczął przyglądać się przyciskom na suficie, tylko żeby nie musiał patrzeć na całkowicie obrócone siedzisko.
Usłyszał chrząknięcie.
- Dzień dobry, panie Jackson. Wreszcie raczył pan na mnie spojrzeć.

Mężczyzna siedzący w fotelu miał całą twarz w bliznach, krótkie brązowe włosy i brązowe oczy, które wydały się Percy’emu znajome. Był wysoki i umięśniony. Gdy uśmiechnął się kpiąco, Percy był pewny, że kiedyś już go widział.
- Czy coś nie tak?
- Co ja tu robię?- wyjąkał syn Posejdona.
- Dotrzymujesz mi towarzystwa.- odparł mężczyzna- Przepraszam na chwilę.
Obrócił fotel i pociągnął jakąś dźwignię. Jackson poczuł, że coś wysuwa się z nierównej podłogi. Musiał zrobić krok do tyłu, żeby się nie przewrócić. Zamknął oczy, a gdy je otworzył, zobaczył, że znajduje się w klatce. Spróbował użyć swojej mocy i przywołać do siebie trochę wody, ale nic się nie działo. Zgasła tylko jedna pochodnia wisząca na ścianie.
Porywacz wstał z fotela. Po chwili jego dłoń zapłonęła, a on wysłał iskierkę w stronę świeczki. Pochodnia z powrotem zapłonęła. Percy był już pewny, z kim ma do czynienia.
- Hefajstos…
- No, nareszcie zgadłeś. Myślałem, że poradzisz sobie szybciej.
Chłopak poczuł, że nie da rady dłużej stać. Usiadł na ciepłej, metalowej podłodze.
- No tak… Zapomniałbym…- bóg włożył rękę do kieszeni spodni i chwilę później wyciągnął niewielką buteleczkę wypełnioną złotym płynem- Łap.
Rzucił przedmiotem, ale Percy nie był w stanie złapać, więc buteleczka uderzyła go w nos.
- Przepraszam- powiedział zmieszany Hefajstos- Nie chciałem zrobić ci krzywdy.
Niebieskooki niepewnie podniósł butelkę z ziemi. Otworzył ją i powąchał, ale nie wyczuł niczego dziwnego. Wypił łyk nektaru i od razu poczuł się lepiej. Cała zawartość flakoniku zniknęła w kilka sekund, a syn Posejdona ucieszył się, gdy przestało mu się kręcić w głowie.
- Dlaczego tu jestem?- spytał.
- Nudno mi było samemu… Uznałem, że bez ciebie też sobie poradzą. Prawdopodobnie przegrają, więc postanowiłem oszczędzić chociaż ciebie. Miałem okazję, gdy przyszedłeś do tego domku.
- Dlaczego wybrałeś mnie, a nie Leona? To twój syn…
- Mój syn, który traktuje mnie tak samo jak reszta świata… Jak kogoś gorszego.
- Leo to dobry chłopak, na pewno cieszy się, że to ty jesteś jego ojcem.
- Nie, nie cieszy się, uwierz mi. Wolał by być przystojnym synem Apollina, lub mądrym synem Ateny…
- Mam mu przekazać, że go obrażałeś?- wypalił Percy.
- Nie obrażam go. Wiem, że nie jest zadowolony ze mnie jako ojca.- półbóg zobaczył w oczach boga smutek- Ale niedługo, kiedy Ares wygra… Nie będzie się musiał mnie wstydzić…
- O czym ty mówisz?- heros zdziwił się jego słowami. Nie wiedział, jak ma to rozumieć.
-Mam już dosyć tej wojny- Hefajstos nie odpowiedział na pytanie- Nie wierzę, że Afrodyta nie ulegnie Aresowi. Z drugiej strony to logiczne, bo kto by chciał kogoś takiego, jak ja…
- Będzie dobrze- powiedział Percy. Dotarło do niego, że pociesza ojca swojego przyjaciela i swojego porywacza. Nie poczuł się jednak źle z tego powodu.
- Nie sądzę… Uciekłem z Olimpu… Nie przyjmą mnie z powrotem… To jest koniec, Percy… Razem z tą wojną skończy się Olimp…

Ciąg dalszy nastąpi.
Zapraszam do komentowania. Piszcie, jak wrażenia :-)