Rozdział 6 4 Plan Jennette

Po obejrzeniu 60 kanałów wciąż nie usłyszeliśmy nic o Annabeth. Zastało nas popołudnie, z tego wszystkiego nie zdążyliśmy nawet pójść na obiad.
- To nie ma sensu…- zaczął Leon- Nie wiadomo, czy w ogóle będzie coś o niej…
- Jak to nie ma sensu!?- krzyknęła Diana – Moja siostra może być w niebezbieczeństwie, a ty mówisz, że to nie ma sensu?!
- Czyli rozumiem, że gdy tylko powiedzą coś o młodej, jasnowłosej dziewczynie, zamierzasz lecieć do świata śmiertelników sprawdzić, czy to Annabeth?! – sarknął Leo. Teraz moja przyjaciółka już płakała. Wiedziałam, że ostatnie wydarzenia – powrót Nico i zniknięcie Ann- bardzo się na niej odbiły.
- Może powinnam! – odpowiedziała i wybiegła z domku.
- Jesteś zadowolony z tego, co zrobiłeś?- spytałam Leona.
- Chyba musicie porozmawiać sam na sam- ocenił Jason, a następnie zwrócił się do reszty- Chodźcie.
- Zgadzam się z Jasonem- wtrącił Casper.
Po chwili zostałam w domku sama z Leonem. Amerykanin na ekranie właśnie zapowiadał pogodę na następny dzień.
- Odpowiesz?!
- To był tylko sarkazm!
- Sarkazm, który doprowadził Dianę do płaczu!
- Nie chciałem!- uniósł ręce w obronnym geście.
- Właśnie w tym jest problem, że chciałeś…- powiedziałam cicho.
- Właśnie, Jen! Zastanowiłem się nad tym, co mi wczoraj powiedziałaś…
- To nie jest dobry moment! Idź do Diany i ją przeproś!
Zacisnął dłonie w pięści, a jego źrenice momentalnie zmniejszyły się do nienaturalnej wielkości. Odchrząknęłam wystraszona.
- Leo?
- Nie będę jej przepraszał! To nie moja wina, że Annabeth była na tyle głupia, żeby uciec z Obozu!
- Jak możesz?! To, co zrobiła Annabeth, to po prostu poświęcenie! Tobie najwyraźniej jego brakuje!
- Wcale nie!
- Gdybym to ja była na miejscu Percy’ego- ściszyłam głos- Nawet nie ruszyłbyś się ze swojego domku.- wyszeptałam.
- Skąd możesz to wiedzieć?!
- Twoje zachowanie mówi samo za siebie!
- Ty chyba masz ze sobą jakiś problem!- wrzasnął, a ja nie wytrzymałam.
- WYJDŹ!
Zamrugał oczami. Na jego twarzy malowało się zaskoczenie.
- Jen…
- WON!
- Jennette…- podszedł do mnie.
- Valdez – wysyczałam przez zaciśnięte zęby- Odsuń się.
W sekundę znalazłam się przy drzwiach. Uchyliłam je i miałam ponownie rozkazać Leonowi, żeby wyszedł. Poczułam, że coś napiera na drzwi i odsunęłam się. Zobaczyłam, jak do pokoju wpada Casper, tuż za nim Jason, a następnie Piper, Hazel i Frank. Potrącili zdziwionego Leo tak, że upadł na dywan.
- Podsłuchiwaliście.- stwierdziłam.
- Nie trzeba było specjalnie wytężać słuchu, żeby zrozumieć wasze słowa.- odparł Casper.
- Co wy sobie wyobrażacie?!- krzyknęłam na nich.
- Jen… my tylko byliśmy ciekawi, Ty i Leo kłócący się to dla nas nowość- wyjaśniła Piper.
- Ciekawość to pierwszy stopień do piek… do Hadesu!
Casper podniósł się z podłogi, jednocześnie rozmasowując sobie obolałe od upadku kolano.
- Prze-przepraszamy- wyjąkał.
- Dobra, wybaczam- westchnęłam i machnęłam ręką- Kontynuując: Valdez, WYNOŚ SIĘ!
- Jen…- zaczął Jason.
- Tak?- powiedziałam znudzonym głosem.
- Wiesz… Może powinnaś odpuścić Leonowi?
- Stoisz po jego stronie, tak?! Wszyscy jesteście przeciwko mnie!

Wyminęłam ich i wybiegłam z domku. W głowie słyszałam tylko jedną myśl: Nikt mnie tu nie chce… Nie mogę dłużej zostać w Obozie.

3 Komentarze

  1. Jejj. Nareszcie♡♡♡♡
    Super rozdział, oczywiście czekam na next.
    Świetny rozdział.
    Zapraszam też do mnie, gdzie pojawił się nowy rozdział :
    Mojamitologia.weebly.com

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.