Rozdział 2 4 Dziwne zachowanie Annabeth

Gdy wszyscy zorientowali się, że Annabeth wybiegła, Chejron polecił kilku osobom poszukanie jej. Następnie zszedł z podwyższenia i usunął się z naszego pola widzenia.
Odsunęłam swój talerz i podniosłam się z krzesła. Casper popatrzył na mnie zdziwiony, jednocześnie pakując sobie do ust kolejny kawałek niebieskiego naleśnika.
- Ja pójdę.- powiedziałam na tyle głośno, żeby obozowicze mnie usłyszęli.
- W takim razie ja też.- Leo chwycił niedokończonego tosta w dłoń i wstał.
- Idę z wami.- oznajmiła Diana uśmiechając się nieśmiało.
- Trójka wystarczy.- zawołał Chejron gdzieś z polany.
- W takim razie chodźmy.- dodałam, po czym spojrzałam pogardliwie na Hammersona- Smacznego.

Wyszliśmy ze stołówki.
- Może zacznijmy od domku Ateny.- zaproponował Leon.
- Dobrze, więc chodźcie szybko, bo jeszcze Ann nam ucieknie.- odparła Diana.
Skierowaliśmy się w stronę części mieszkalnej Obozu. Valdez, żeby nie było nudno, co chwilę rzucał jakimś niezbyt śmiesznym żartem, a ja i moja przyjaciółka śmiałyśmy się, żeby nie sprawić mu przykrości. Rozglądaliśmy się dookoła. Wszyscy siedzieli w jadalni, więc było pusto. Annabeth nigdzie nie było.
Gdy dotarliśmy do właściwego domku, Diana sięgnęła do kieszeni po klucz.

Od czasu bitwy z Aresem półbogowie dostali klucze do swoich domków. Wszystko po to, by nie powtórzyła się sytuacja, kiedy bóg wojny schował się za zasłonką i zepchnął mnie do piwnicy, łamiąc mi rękę.

- Otwarte- z rozmyślań wyrwał mnie głos mojej przyjaciółki.
- Jak to otwarte?- zdziwił się Leo.
- Nie wiem… Przecież zamykałam na klucz, gdy wychodziłam na śniadanie.
- To znaczy, że Ann tu była!- zawołałam- A może nawet jeszcze jest w środku!
Rozbiegliśmy się po budynku w poszukiwaniu dziewczyny.
- Salon czysty!- krzyknęła Diana.
- Łazienka też czysta!- odparł Valdez.
Pomyślałam, co by było, gdyby łazienka nie była czysta. Wyobraziłam sobie minę Annabeth, gdyby zobaczyła Leona wparowującego jej do łazienki. Chłopak zapewne zrobiłby się dziesięc razy bardziej czerwony niż wtedy, gdy się dławił. Mimowolnie zaczęłam się śmiać.
Poszłam sprawdzić sypialnię Chase.
- Sypialnia czys…- zaczęłam mówić, ale zorientowałam się, że wcale tak nie jest.- Chodźcie tu!
Syn Hefajstosa i córka Ateny przybiegli do pokoju w kilka sekund.
- Co tu się stało…- szepnął Leo.
Wszystko w promieniu kilku metrów od łóżka Annabeth było poprzewracane. Szafa była otwarta, a ubrania leżały na ziemi. Rzeczy z maksymalnie powysuwanych szuflad walały się po podłodze. Łóżko, zawsze idealnie pościelone, teraz było w nieładzie. Kołdra wyglądała, jakby przed chwilą leżało na niej coś ciężkiego.
- Zniknął plecak!- zawołała Diana- I kilka ubrań!
Dopiero teraz zobaczyliśmy otwarte okno. Jako, że pokój był na parterze, nie mieliśmy wątpliwości, co się stało.
- Wyskoczyła przez okno?! No, tego bym się po niej nie spodziewał.- zauważył Leon.
- Musiała widzieć jak tu szliśmy! Gdyby nie widziała, że ktoś jej szuka, wyszłaby drzwiami!- powiedziałam.
- Dlaczego?- spytał Valdez.- Mogła wyskoczyć, nie wiedząc, że jej szukamy.
- Nie znasz Annabeth? Nie skoczyłaby z okna bez powodu!
- Szybko, może jeszcze ją dogonimy!- krzyknęła Diana.
Pobiegliśmy do drzwi wejściowych. Nie bawiliśmy się nawet w zamykanie ich na klucz. Chcieliśmy jak najszybciej znaleźć się przy wyjściu z Obozu. Było przecież jasne, że Chase nie spakowała się na wypad nad obozowe jezioro.
- Annabeth ucieka przez okno! Świat stanął na głowie!- wrzasnął Leon zeskakując ze schodów.
- Valdez, nie wygłupiaj się.- syknęłam- Jeszcze nam brakuje, żebyś skręcił kostkę!
Leo spuścił głowę i nic nie odpowiedział. Chwilę później ruszyliśmy najszybciej jak potrafiliśmy w stronę wejścia do Obozu.

Co sądzicie o rozdziale? Macie jakieś pomysły, dokąd uciekła Annabeth i dlaczego się tak zachowała?
Czekam na Wasze opinie w komentarzach :).

Rozdział 1 4

Witam wszystkich w czwartej serii! Cieszę się, że tyle osób zagląda na mojego bloga. Zapraszam do czytania pierwszego rozdziału!

Puk puk.
Otworzyłam oczy, ale zaraz zamknęłam je z powrotem. Wieczorem zapomniałam zasłonić okien, więc teraz promyki słońca skakały sobie wesoło po mojej twarzy.
Puk puk.
- Kto… tam?- powiedziałam ziewając.
- To ja!- rzeczywiście, ta odpowiedź wiele wyjaśniła. Byłam zbyt zmęczona, żeby rozpoznawać, czyj to głos.- Chodź szybko!
Wstałam z łóżka i boso poczłapałam do drzwi. Na dworze stał Leo.
- Wiesz, Ares też powiedziałby ,,To ja! Chodź szybko!”, gdyby chciał mnie zwabić w pułapkę.- oceniłam będąc już trochę bardziej rozbudzona.
Chłopak tylko się zaśmiał.
- Co cię do mnie sprowadza?- spytałam.
- Za chwilę kończy się pora śniadania, a Chejron ma coś ważnego do ogłoszenia pod koniec. Cały się trzęsie z nerwów. Chciał, żeby ktoś po Ciebie przyszedł.
- I przyszedłeś ty… Teraz już chyba nie pośpię- westchnęłam. Gdyby centaur wysłał kogoś innego, wystarczyłoby powiedzieć ,,Chcę spać, później mi powiecie!” i nieproszony gość wróciłby do stołówki.
Po bitwie wszyscy mnie słuchali, co niekoniecznie mi się podobało. Wykorzystywałam to tylko wtedy, gdy np. chciałam dłużej spać. Jedyną osobą, która nie wyskakiwała mi co chwilę z pytaniami typu ,,Czy nie potrzebujesz czegoś?” lub ,,Może ci pomóc?” był Leo. Byłam mu wdzięczna, że zachowuje się normalnie. Przecież razem ze mną pokonał Aresa, a jego nikt nie wyróżniał. Dlatego, gdy wieczorem po bitwie zbieraliśmy kawałki zbroi i broni z polany, powiedziałam do kilku synów Apollina ,,Pomóżcie Leonowi”. Valdez męczył się z trzema hełmami, dwoma częściami złamanej włóczni i napierśnikiem w rozmiarze XXL, podczas gdy ja niosłam tylko jeden sztylet.
Nie rozumiem, dlaczego wszyscy uważają, że to dzięki mnie wygraliśmy z bogiem wojny, skoro Leo przyczynił się do zwycięstwa w równym stopniu.
Moje rozmyślania przerwało chrząknięcie zniecierpliwionego herosa.
- Możesz wracać na stołówkę, zaraz przyjdę.- odezwałam się.
- Zaczekam na ciebie.
Weszliśmy do domku, a Valdez usiadł na moim łóżku. Wyjęłam z szafy czyste ubrania i poszłam do łazienki. Kilka minut później wróciłam do pokoju, a widok, który zastałam, sprawił, że zaczęłam się śmiać. Leo leżał na moim łóżku i brudził moją kołdrę swoimi sandałami. Jego głowa zwisała tak, że zamiatał włosami podłogę. Przyszedł, żeby mnie obudzić, a sam zasnął. Prawdziwa ironia.

Podeszłam bliżej. Po chwili na policzek chłopaka spadła z sufitu kropelka wody.
- Jen…- mruknął.
-Wstawaj, musimy iść- powiedziałam.
- Jen…- powtórzył. Uświadomiłam sobie, że on to mówi przez sen. Musiałam mu się śnić. Zdziwiona moim odkryciem zrobiłam krok w stronę łóżka, a na twarz Leona spadły następne krople.
- Leo, masz ostatnią szansę, żeby wstać suchy!- oznajmiłam, a jako odpowiedź usłyszałam kolejne ,,Jen…”.
- Nie to nie.- uśmiechnęłam się. Chwilę później z sufitu spadało coraz więcej wody. Na początku były to pojedyncze krople, ale gdy to nie dawało efektów chlusnęłam na śpiącego Valdeza większą ilością wody niż ta, która jest w basenie w piwnicy. Chłopak zerwał się z łóżka jak oparzony. Cały ociekał wodą.
- No wiesz ty co?!- zawołał- Ja tu cię ratuję przed Aresem, a ty mnie budzisz w tak… brutalny sposób?!
- Śniło ci się, że mnie ratujesz?- uśmiechnęłam się i uniosłam brew.
Syn Hefajstosa milczał, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że mam rację.
- Chodź już na to śniadanie.- powiedział.
Wyszliśmy z domku Posejdona i skierowaliśmy się w stronę stołówki. Na polanie nie było ani jednej osoby. Wszyscy czekali na ogłoszenie Chejrona.
Zajęłam swoje miejsce przy stole, obok Caspra. Mój brat kończył jeść niebieskiego naleśnika. Tak to jest, jak się mieszka z Percy’m. Tego zdążył go nauczyć Jackson, zanim zniknął.
- Smacznego.- powiedziałam sięgając po dżem z obozowych truskawek.
- Dzięki- mruknął Hammerson podczas gryzienia kolejnego kawałka.

- Uwaga, uwaga!- rozległ się głos z głośników. Chejron stał na podwyższeniu i tupał przednimi kopytami, by uzyskać ciszę.- Proszę, przestańcje na chwilę jeść.
Ucichły wszystkie rozmowy i szepty. Siedzieliśmy wpatrzeni w nauczyciela i czekaliśmy. Po chwili kontynuował.

- Na Olimpie panuje zamieszanie. Ares nadal jest bogiem wojny, ale zrezygnował ze swojego miejsca wśród Olimpijczyków. Nie ma już tam swojego tronu. Nikt nie widział go od czasu bitwy. Jest mu wstyd, że przegrał.

W tej chwili herosi zaczęli krzyczeć i bić brawo. Ja zaklaskałam tylko kilka razy, bo widząc nerwowy uśmiech Chejrona wiedziałam, że nie tego się spodziewał po swoich wychowankach. Niektórzy korzystając z chwilowej przerwy wrócili do jedzenia. Leo wpakował sobie do ust wielki kawałek tosta. Rozejrzał się dyskretnie dookoła, czy nikt tego nie widział. Jednak zwrócił na siebie uwagę dławiąc się. Siedzący obok niego umięśnieni, wysocy synowie Hefajstosa puknęli go w plecy. Niestety trochę za mocno. Valdez wypluł tostową kulkę, która poszybowała pod same nogi Chejrona.
Centaur odchrząknął i spojrzał znacząco najpierw na kawałek chleba, a następnie na Leona. Chłopak błyskawicznie stał się jeszcze bardziej czerwony, niż był przez zadławienie. Z powrotem stało się cicho.
- Dziękuję Ci, Leo, za tę… hm… ofiarę.- nauczyciel uśmiechnął się- Ale teraz chciałbym dokończyć ogłoszenie.
Zawstydzony półbóg kiwnął lekko głową, a następnie schował twarz w dłoniach.
- Dobrze, więc jak już mówiłem… Ares nie ma już miejsca na Olimpie, ale to nie wszystko. Z Olimpu zniknął jeszcze jeden bóg. Nie wiadomo, co się z nim dzieje. Nie powiedział, czy nadal chce zachować swój tron i swoje miejsce na Górze Bogów. Nie wiemy, gdzie jest. Nie wiemy, czy wróci. Z dwunastu bogów została dziesiątka. Olimp się rozpada. Jak tak dalej pójdzie… och, nawet nie chcę myśleć, co będzie, gdy wszyscy Olimpijczycy będą rezygnować, uciekać, po kolei…
- Jaki to bóg, Chejronie?- spytałam, gdy centaur przerwał.
Cisza. Wszyscy czekali, aż dowiedzą się, kto opuścił Olimp. Casper patrzył to na nauczyciela, to na swojego niedokończonego niebieskiego naleśnika. Leon odsunął swój talerz wgłąb stołu. Frank siedział sam przy stoliku Aresa, jako syn Marsa i bawił się widelcem. Hazel oglądała z zaciekawieniem kawałek obrusu. Piper chichotała cichutko razem z innymi córkami Afrodyty. Jason siedział wyprostowany i wycierał o koszulkę okulary. Diana, tak jak reszta półbogów z jej domku, patrzyła na Chejrona i oczekiwała, aż coś powie. Tylko Annabeth, mocno zgarbiona, siedziała, a właściwie leżała, z głową na stole. Nie widziałam jej twarzy, bo zasłaniały ją jej jasne włosy. Nie jestem pewna, czy nie spała. Na stole przed nią nie było żadnego talerza, tylko kubek z kawą, co oznaczało, że nic nie jadła.
Zajęta oglądaniem moich przyjaciół, zapomniałam o nauczycielu stojącym na podwyższeniu, który nagle przerwał ciszę.
- Hefajstos…- powiedział cicho, ale wszyscy dokładnie usłyszęli.
- WIEDZIAŁAM!- krzyknęła Annabeth, podrywając się z krzesła jak oparzona. Jej wzrok był nieobecny, a twarz blada, jakby nie jadła i nie spała kilka dni. Najprawdopodobniej tak właśnie było.
Dziewczyna omiotła salę spojrzeniem, a następnie drżącą ręką chwyciła kubek z kawą, wylewając połowę.
Wybiegła ze stołówki tak szybko, że wszyscy zrozumieli, co się stało, dopiero po kilku sekundach.

Co myślicie o rozdziale? Zaskoczyłam Was?
Komentarze mile widziane. :)

Miniaturka- prolog 4 serii

Cześć Wam! Oto miniaturka z okazji 10000 wyświetleń bloga, troszkę spóźniona ;). Dedykuję ją wszystkim, którzy zaglądają regularnie na tego bloga i komentują :)
Akcja dzieje się podczas 3 serii, wtedy, gdy Casper tworzy ogród i bawi się w nim z Percym. Później przybiega do Jennette i próbuje powiedzieć jej, że Jackson zniknął, ale zmienia się w kwiatka.
Jest tu wyjaśnione, co się dzieje z Percy’m, więc ta miniaturka to także prolog czwartej serii. Rozwiązują się niektóre tajemnice. Emocji nie zabraknie. Zapraszam do czytania :).

- Casper, nie goń mnie!
Percy uciekał najszybciej jak umiał, co jakiś czas lekko podskakując. Biegł po ścieżce, bo Hammerson nie lubił, gdy ktoś deptał trawnik. Zmęczył się i zwolnił trochę. Obrócił się i zauważył, że Chłopiec-kwiat zaczął go doganiać. Percy odwrócił się z powrotem i spostrzegł, że jest przy wyjściu z ogrodu i nie ma gdzie uciec. Za nim znajdowała się niska, drewniana bramka, a po bokach trawnik. Casper zorientował się, że jego brat nie ma dokąd uciekać, dlatego zaczął iść w jego stronę powolnym krokiem. Po co ma się spieszyć, skoro Percy i tak nie ma jak uciec?
- I co teraz zrobisz?- spytał.
- Jak to co? To logiczne, że ucieknę!- odparł uśmiechnięty Jackson, po czym przeskoczył bramkę. Chwilę później wmieszał się w tłum obozowiczów i Casper stracił go z oczu.

Zatrzymał się dopiero przy jednym z ostatnich domków. Był zmęczony biegiem i chciał odpocząć od krzyku i hałasu, dlatego zdecydował się posiedzieć z tyłu budynku. Nie miał ochoty wracać do siebie, bo musiałby pomagać Jennette w sprzątaniu salonu. Gdy usiadł na trawie, oparł się plecami o ścianę domu i poczuł chłodny metal, zorientował się, do jakiego boga on należy. Hefajstos-pomyślał-Może odwiedzę Leona, jak już tu jestem. Przy okazji się czegoś napiję.
Wstał i już miał wyjść zza domku, żeby zapukać do drzwi wejściowych, gdy zobaczył inne drzwi, całe z metalu. Był bardzo spragniony, więc chciał szybko dostać się do środka.
Tylne wejście. Pójdę tędy, będzie szybciej.

Podszedł do drzwi. Obejrzał je dokładnie myśląc, że to może być pułapka. Nie znalazł nic nadzwyczajnego. Nacisnął ręką klamkę. Sądził, że będzie musiał użyć większej siły, więc zdziwił się, gdy klamka ustąpiła po lekkim dotknięciu. Drzwi się uchyliły. Nie wiedząc, co robić, zajrzał w szparę i zobaczył tylko ciemność. Wyczuł pułapkę i zamierzał uciec, lecz wtedy drzwi błyskawicznie otworzyły się, co dziwne, do wewnątrz. Zobaczył korytarz wyglądający jak szyb wentylacyjny, idący pionowo w dół. Poczuł powiew gorącego powietrza i nagle coś zaczęło ciągnąć go w kierunku korytarza. Wyrywał się i próbował biec, ale to nic nie dało. W dodatku podskakując uderzył się w głowę o metalową futrynę drzwi. Syknął z bólu, a chwilę później poczuł, jak po policzku cieknie mu krew.
Powietrze robiło się coraz bardziej gorące i ciągnęło go do budynku. Poczuł przerażenie, gdy stopa ześlizgnęła mu się do szybu. Wejście zaczęło się zamykać, więc chłopak musiał zabrać z progu też drugą nogę, żeby metal mu jej nie zmiażdżył. Po kilku sekundach drzwi zatrzasnęły się z hukiem, a on spadał szybem nie wiedząc, co zastanie na dole. O ile się nie roztrzaska.

Gdy odzyskał świadomość leżał na ciepłej, czerwonej poduszce (możliwe, że była czerwona od jego krwi). Nad sobą zobaczył znajomy szyb. Znajdował się w małym pokoiku z metalowymi ścianami. W środku była tylko ta wielka poduszka, jakby ten, kto wymyślił pułapkę nie chciał, by spadający roztrzaskał się na dole.
Percy wytarł twarz koszulką, a następnie spróbował wstać. Gdyby nie to, że pomieszczenie było małe i przez to oparł się o ścianę, upadłby z powrotem na podłogę. Przeżył jeszcze większy szok, gdy ściana zaczęła się odsuwać. Chciał przejść kawałek, by z powrotem znaleźć się na poduszce, ale silne zawroty głowy i krew cieknąca po twarzy mu to uniemożliwiały. Potknął się przy drugim kroku i postanowił usiąść na podłodze.

Zobaczył światło dochodzące zza szpary, która powiększała się, gdy ściana się przesuwała. Wstał powoli i zaczął iść. Dotarł do otworu, w który teraz spokojnie mógł wcisnąć głowę. Wolał tego nie robić, bo nie wiedział, czy to mu jej nie odetnie.
Chciał zawrócić, ale spostrzegł drugą ścianę tuż za nim. Widocznie ona też się przesuwała, żeby uniemożliwić mu powrót. Czerwona poduszka zniknęła.
Percy pomyślał, że chyba już nic tutaj go nie zaskoczy. Niestety chwilę później, gdy był zmuszony przejść przez otwór, żeby ściana go nie zmiażdżyła, zorientował się, że nie miał racji.

Pomieszczenie było całe z metalu. Na ścianach i suficie znajdowało się wiele przycisków, dźwigni i innych przedmiotów, których Percy nigdy nie widział. Na przeciwko ,,wejścia” do pokoju wisiał ogromny ekran, a przed nim stał wielki, czarny fotel. Jackson nie wiedział, czy ktoś tam siedział, ponieważ krzesło było obrócone tyłem.
Wszystko wyglądało jak siedziba złoczyńcy z bajek, które pokazywała mu mama w dzieciństwie.

Gdy fotel zaczął się odwracać, syn Posejdona poczuł, że jest mu okropnie gorąco. Starł trochę krwi z czoła i zaczął przyglądać się przyciskom na suficie, tylko żeby nie musiał patrzeć na całkowicie obrócone siedzisko.
Usłyszał chrząknięcie.
- Dzień dobry, panie Jackson. Wreszcie raczył pan na mnie spojrzeć.

Mężczyzna siedzący w fotelu miał całą twarz w bliznach, krótkie brązowe włosy i brązowe oczy, które wydały się Percy’emu znajome. Był wysoki i umięśniony. Gdy uśmiechnął się kpiąco, Percy był pewny, że kiedyś już go widział.
- Czy coś nie tak?
- Co ja tu robię?- wyjąkał syn Posejdona.
- Dotrzymujesz mi towarzystwa.- odparł mężczyzna- Przepraszam na chwilę.
Obrócił fotel i pociągnął jakąś dźwignię. Jackson poczuł, że coś wysuwa się z nierównej podłogi. Musiał zrobić krok do tyłu, żeby się nie przewrócić. Zamknął oczy, a gdy je otworzył, zobaczył, że znajduje się w klatce. Spróbował użyć swojej mocy i przywołać do siebie trochę wody, ale nic się nie działo. Zgasła tylko jedna pochodnia wisząca na ścianie.
Porywacz wstał z fotela. Po chwili jego dłoń zapłonęła, a on wysłał iskierkę w stronę świeczki. Pochodnia z powrotem zapłonęła. Percy był już pewny, z kim ma do czynienia.
- Hefajstos…
- No, nareszcie zgadłeś. Myślałem, że poradzisz sobie szybciej.
Chłopak poczuł, że nie da rady dłużej stać. Usiadł na ciepłej, metalowej podłodze.
- No tak… Zapomniałbym…- bóg włożył rękę do kieszeni spodni i chwilę później wyciągnął niewielką buteleczkę wypełnioną złotym płynem- Łap.
Rzucił przedmiotem, ale Percy nie był w stanie złapać, więc buteleczka uderzyła go w nos.
- Przepraszam- powiedział zmieszany Hefajstos- Nie chciałem zrobić ci krzywdy.
Niebieskooki niepewnie podniósł butelkę z ziemi. Otworzył ją i powąchał, ale nie wyczuł niczego dziwnego. Wypił łyk nektaru i od razu poczuł się lepiej. Cała zawartość flakoniku zniknęła w kilka sekund, a syn Posejdona ucieszył się, gdy przestało mu się kręcić w głowie.
- Dlaczego tu jestem?- spytał.
- Nudno mi było samemu… Uznałem, że bez ciebie też sobie poradzą. Prawdopodobnie przegrają, więc postanowiłem oszczędzić chociaż ciebie. Miałem okazję, gdy przyszedłeś do tego domku.
- Dlaczego wybrałeś mnie, a nie Leona? To twój syn…
- Mój syn, który traktuje mnie tak samo jak reszta świata… Jak kogoś gorszego.
- Leo to dobry chłopak, na pewno cieszy się, że to ty jesteś jego ojcem.
- Nie, nie cieszy się, uwierz mi. Wolał by być przystojnym synem Apollina, lub mądrym synem Ateny…
- Mam mu przekazać, że go obrażałeś?- wypalił Percy.
- Nie obrażam go. Wiem, że nie jest zadowolony ze mnie jako ojca.- półbóg zobaczył w oczach boga smutek- Ale niedługo, kiedy Ares wygra… Nie będzie się musiał mnie wstydzić…
- O czym ty mówisz?- heros zdziwił się jego słowami. Nie wiedział, jak ma to rozumieć.
-Mam już dosyć tej wojny- Hefajstos nie odpowiedział na pytanie- Nie wierzę, że Afrodyta nie ulegnie Aresowi. Z drugiej strony to logiczne, bo kto by chciał kogoś takiego, jak ja…
- Będzie dobrze- powiedział Percy. Dotarło do niego, że pociesza ojca swojego przyjaciela i swojego porywacza. Nie poczuł się jednak źle z tego powodu.
- Nie sądzę… Uciekłem z Olimpu… Nie przyjmą mnie z powrotem… To jest koniec, Percy… Razem z tą wojną skończy się Olimp…

Ciąg dalszy nastąpi.
Zapraszam do komentowania. Piszcie, jak wrażenia :-)

Rozdział 33 3 Do kogo on był podobny?

Przed przeczytaniem zachęcam do posłuchania piosenki. Zapraszam do czytania ostatniego rozdziału trzeciej serii!

Wszyscy nadal byli w szoku po sytuacji z łosiem. Samo zwierzę pokopało jeszcze chwilę boga wojny, a potem wzbiło się w powietrze i odleciało. Za nim pobiegły łowczynie. Obozowicze doskonale radzili sobie z potworami. Gdy minęły dwie godziny, mieliśmy już przewagę liczebną nad armią przeciwnika. Ja i Leo spokojnie podeszliśmy do Aresa zwijającego się z bólu. Kilkumetrowy bóg leżał na ziemi i chyba zaczynało do niego docierać, że przegrywa z ,,heroskami”. Nie miał jednak siły nic zrobić. Wiedzieliśmy, że jest nieśmiertelny, ale Leo był tak wściekły, że chciał wyrządzić wrogowi tak wielką krzywdę, jak tylko był w stanie.

- Leo- powiedziałam- Słyszałeś, że nie wolno kopać leżącego?- Popatrzył na mnie zaskoczony- Ale przecież można go pokonać mieczem.

Chłopak zaśmiał się nerwowo, po czym zamachnął się bronią i zadrapał ramię Aresa.

- Już… wystarczy…- wysyczał bóg.- Wygraliście.

- Powtórz.- rozkazał Valdez.

- Wygraliście!- krzyknął ponownie, a później zniknął.

Poszliśmy do Chejrona. Centaur pogratulował nam zwycięstwa, pozwolił iść do domków, a następnie podszedł do reszty półbogów, którym zostało jeszcze kilkadziesiąt potworów. Udaliśmy się do domku Posejdona. Na łóżku Percy’ego siedział Casper. Wycierał ręcznikiem mokre włosy.

- Już jesteście!- zawołał- I jak?

- Wygraliśmy, wiadomo!- odkrzyknął Leo i przybił Hammersonowi piątkę.

- Jen, była tu Annabeth.- człowiek-kwiat zwrócił się do mnie- Prosiła, żebyście jak najszybciej przyszli do niej, do szpitala obozowego. Mówiła, że miała jakąś wizję, czy coś.

- Dobrze, już idziemy. Leon, pośpiesz się!

Czekając na przebierającego się Valdeza zamoczyłam rękę w wodzie ze źródełka w rogu pokoju, żeby zagoić rany i zadrapania. Wydawało mi się, że ta woda jest jakaś inna… Niespokojna? Jakby chciała mi coś przekazać. Przyjrzałam się dokładniej i zobaczyłam w niej twarz jakiegoś mężczyzny. Miał brązowe włosy, tego samego koloru oczy, brodę i kilka blizn. I ten znajomy uśmiech… Kogoś mi przypominał, ale nie miałam pojęcia kogo. Kiedy z drugiego pokoju wyszedł przebrany już Leon i spytał czy wszystko dobrze, zorientowałam się, że od kilku minut stoję z ręką w źródełku i patrzę na to odbicie. To musiało naprawdę zabawnie wyglądać.

Nie powiedziałam chłopcom o tym, co zobaczyłam w wodzie. Ja i syn Hefajstosa wyszliśmy z domku i skierowaliśmy się w stronę obozowego szpitala. Na jednym łóżku leżała Ann i patrzyła w sufit nieobecnym wzrokiem.

- Annabeth?- odezwałam się cicho. Dziewczyna spojrzała na mnie, a jej wzrok wydawał się wrócić do normalności.

- Dobrze, że przyszliście. Gratuluję.

- Dzięki. Casper mówił, że miałaś jakąś wizję. O co chodzi?

- To był sen, albo raczej wizja w trakcie snu. Widziałam Percy’ego. Był w jakimś dziwnym pokoju, takim metalowym, z jakimiś przyciskami, dźwigniami… Na ścianie wisiał duży ekran, a na nim wyświetlała się głowa jakiegoś mężczyzny.

- Jak wyglądał ten mężczyzna?- spytałam.

- Nie pamiętam dokładnie. Miał chyba brązowe włosy… Tak, i brodę.

- Widziałam go w źródełku.- oznajmiłam- Jak leczyłam rany, w wodzie pojawiła się twarz tego faceta.

- Dziwne. To chyba też była wizja… Idźcie z tym do Chejrona. Jak stąd wyjdę, to pójdziemy szukać Percy’ego.

Opowiedzieliśmy wszystko naszemu nauczycielowi. Był już wieczór, ale mi wcale nie chciało się spać. Przed oczami cały czas miałam twarz tamtego mężczyzny. Próbowałam sobie przypomnieć, do kogo on był podobny?

Tak się kończy trzecia seria. Oficjalnie ogłaszam: Będzie czwarta! :-D

Jak myślicie, gdzie jest Percy? Kim jest mężczyzna z wizji Jen i Annabeth? Co to za pokój?

Komentujcie!

Rozdział 32 3 Niespodziewany finał Bitwy

Obóz dawno stracił przewagę. Chejron biegał po całym polu bitwy, krzycząc i wymachując mieczem. Część pszczół będących Frankiem leżała na ziemi. Casper odbijał płonącą broń Aresa, przy okazji wykrzykując obraźliwe wyrazy w jego kierunku. Diana, Piper i pozostali zabijali potwory wciąż wychodzące z lasu. Tymczasem Leo podszedł do mnie od tyłu i powiedział mi do ucha:

- Otoczmy go.

- Co?- obróciłam się do chłopaka, a koło głowy świsnął mi sztylet- Dobra, bierz Caspra do pomocy i idźcie, tylko uważajcie na siebie.

- Oczywiście, jak zawsze.- uśmiechnął się słabo i pobiegł do Hammersona osłaniając się tarczą.

Pszczoły w tym czasie zebrały się w jednym miejscu i po chwili zamiast nich był tam Frank, z krwawiącym nosem i poważną raną na łokciu. Wstał, zrobił unik przed pędzącym mieczem i zaczął podchodzić do Aresa z lewej strony. Z prawej szedł Valdez, a Caspra nigdzie nie widziałam. Nie, jednak widziałam. Chwila, znowu zniknął. Popatrzyłam na ziemię. Chłopak co chwila zmieniał się z człowieka w kwiatka, i odwrotnie. Z każdą przemianą podbiegał kilka metrów bliżej. Teraz znajdował się około 15 metrów od boga wojny. Osłoniłam się lepiej zbroją i tarczą, po czym pobiegłam w kierunku Aresa, co chwila przeskakując lecące ostrza lub schylając przed nimi głowę. Byłam tak skupiona na tym zadaniu, że odwróciłam się dopiero, gdy usłyszałam krzyk ,,Frank!”. Zhang leżał nieprzytomny na ziemi z lewym ramieniem odchylonym pod dziwnym kątem. Rzuciłam jeszcze okiem na rękojeść miecza wystającą z ręki chłopaka, krzyknęłam ,,Niech go ktoś stąd zabierze!” i pobiegłam dalej. Casper stał już przy stopach kilkumetrowego boga. Skoczył na jego nogę i wbił swoją klingę w okolice stawu skokowego. Ares ryknął, trochę z bólu, trochę z wściekłości. Pochylił się, złapał Hammersona i rzucił do jeziora. Posejdonie, spraw, żeby się nie utopił. Zrób cokolwiek.- pomyślałam.

Podbiegłam do Leona. Staliśmy teraz za przeciwnikiem, który jednak szybko się obrócił. Odbijaliśmy płonące miecze. Byłam zmęczona. Nie wiedziałam nawet ile godzin minęło od rozpoczęcia bitwy. W myślach miałam tylko jedno zdanie. Dwa wyrazy, które rujnowały plany moje i moich przyjaciół, sprawiały, że na twarzach herosów pojawiał się wyraz smutku. Obóz przegrywa.

- Leon, co robimy?!- zawołałam.

- Nie wiem, myślałem, żeby…- Valdez zamilkł. Ja też. Ares też. Półbogowie, potwory, cały Obóz zamilkł.

Obok twarzy Leona przeleciała strzała. Sekundę później z pomiędzy koron drzew wyskoczył (właściwie wyleciał) wielki, złoty łoś. Wszyscy wstrzymali oddech. Zwierzę poszybowało, ścigane strzałami łowczyń. Wszystko wyglądało jak w zwolnionym tempie. Łoś leciał w kierunku Aresa, a kiedy znalazł się nad nim, po prostu spikował. Uderzył w głowę boga wojny, raniąc go przy tym. Potem, jakby tego było mało zaczął kopać go po twarzy. Herosi zaczęli krzyczeć z radości i z nagłym przypływem sił rzucili się do bitwy.

Takiego finału Bitwy chyba się nie spodziewaliście! :-) Zaskoczyłam Was tym łosiem? Do końca serii został jeden rozdział!

Komentujcie!

Rozdział 31 3 Jak Leo chce wpędzić Aresa w depresję

Rozdział dedykuję mojej koleżance Julce, która ma dzisiaj urodziny. Wszystkiego najlepszego! :-)

Po kilku sekundach Ares otrząsnął się w szoku. Liany owinęły się właśnie dookoła jego kolan, tymczasowo uniemożliwiając mu ruszenie się z miejsca. Leo wylądował bezpiecznie na żywopłocie, który zniknął zaraz po tym, jak chłopak wstał.
- Widzisz, głupi bożku?!- wrzasnął Valdez strącając z włosów niewielki zielony listek- Nawet rośliny są przeciwko tobie! Tylko nie wpadnij w depresję!
- Jason, już pomogłeś! Wracaj do domku!- zawołałam nie zwracając uwagi na krzyczącego Leona.
- Muszę wam pomóc!- odparł chłopak wyciągając miecz. Zanim jednak to zrobił w jego udo wbił się płonący sztylet Aresa. Grace zacisnął zęby.
- Piper!- krzyknęłam do dziewczyny stojącej kawałek dalej. Wiedziałam, że teraz Jason mnie posłucha.
- Dobra, już dobra.- powiedział zrezygnowany syn Zeusa- Pójdę, tylko jej tu nie fatyguj.
Uśmiechnęłam się lekko i zaczęłam ponownie rzucać kamieniami w boga wojny. Niestety zrozumiał tę taktykę i odbijał pociski mieczami. Osłoniłam się lepiej tarczą Percy’ego zabraną naszego domku, żeby móc rozejrzeć się po polu bitwy. Jason był już niedaleko domku, Frank w postaci pszczół próbował użądlić Aresa. Hazel powoli zaczynała się wycofywać, była na pewno zmęczona ciągłym odbijaniem broni. Annabeth kulejąca na prawą nogę, Diana i Piper razem z resztą Obozu próbowały pokonać armię potworów. Był tam Minotaur, ogary piekielne, olbrzymy, harpie i mnóstwo innych stworzeń których nie potrafiłam rozpoznać. Co chwilę słychać było tylko jęk jakiegoś zabijanego potwora lub krzyk rannego półboga. Wszyscy byli brudni od proszku w których zamieniały się pokonane istoty. Nagle Ann berwała brzuch mieczem Aresa. Ten tylko się zaśmiał. Dwóch chłopaków zabrało dziewczynę do obozowego szpitala.
W ten sposób z naszej początkowej dziewiątki zostało 6 osób. I Casper. Zmęczona Hazel, która od prawie trzech godzin broniła przed mieczami cztery osoby i siebie, chwilę później osunęła się na ziemię i została zaniesiona do domku, żeby mogła odpocząć. Została nas piątka, w tym ja z niesprawną złamaną ręką. I szósty Casper, który w każdej chwili mógł z powrotem zmienić się w kwiatka.

Co myślicie? W następnym powinna znaleźć się sytuacja, która przesądzi o losach Obozu Herosów. Podzielcie się opinią o rozdziale w komentarzu.

Rozdział 30 3 Prawdziwy przyjaciel zrobi dla ciebie żywopłot

- Hazel! Frank! Co wy tu robicie?!- krzyknął Leo, pozwalając sobie na chwilę nieuwagi. Miecz przeleciał zdecydowanie zbyt blisko jego ucha.
- Planem Aresa było rozdzielenie naszej dziewiątki!- zawołał Zhang uchylając się przed następnym sztyletem- Zrozumieliśmy że jeśli pójdziemy, to on wygra! Jason jest wyłączony z bitwy.
Zostałaby tylko piątka!
- Czwórka!- na polanę wbiegła Diana- Annabeth jest ranna!
Ares się zaśmiał i wysłał w naszym kierunku kilka płonących mieczy.
- A MASZ, GŁUPI HEROSKU!- wrzasnął kiedy jeden wbił się w tarczę Leona, sprawiając że Valdez musiał ją wyrzucić. Zostawił tarczę i pobiegł w stronę boga wojny.
- Leo, stój!- krzyknęłam za nim zrozpaczona, bo sam nie miał szans na wygraną z Aresem. Za nim wystartował rój pszczół będący Frankiem, a Hazel z ogromną szybkością rzucała w powietrze diamenty, które hamowały połowę lecących mieczy.
- Jak wszyscy to wszyscy.- wzruszyłam ramionami i pobiegłam za nimi. Obejrzałam się do tyłu, gdzie Diana, Piper i reszta Obozu siekały na drobne kawałeczki tysiące potworów. Odwróciłam głowę dopiero, gdy jakiś kryształ z wbitą płonącą bronią upadł koło mnie. I wtedy wpadłam na pomysł. Podniosłam szybko przypadkowy ciężki kamień i rzuciłam go z całej siły. Efekt był taki, jaki powinien.
- AAA!!!-wrzasnął bóg wojny rozcierając sobie czoło, z którego spływała złota krew- PRZEKLĘTE HEROSKI!!!
Na ramieniu kilkumetrowego Aresa stał Leo. Już miał wbić miecz w jego szyję, kiedy przeciwnik złapał go za włosy i zakręcił w powietrzu. Po chwili chłopak leciał kilkanaście metrów nad ziemią.
- Leon!- wrzasnęłam.
- Jen, woda, szybko!- usłyszałam za mną głos Jasona.
Mogłabym posłużyć się wodą, żeby bezpiecznie spadł, ale uderzenie z takiej wysokości w taflę wody równa się z uderzeniem w mur.
- Po co? Rozbije się o to!
- Daj trochę wody!
- Nie wiem, po co, ale…
- Szybko!
- Ok, już.
Utworzyłam źródełko. Blondyn zanurzył w wodzie ręce, w których coś trzymał, wymawiając przy tym zaklęcie. Po chwili pokazał mi, że przyniósł magicznego kwiatka, bo znalazł sposób by znowu stał się Casprem. Rzeczywiście, chwilę później stał przed nami Hammerson. Tymczasem Leo zbliżał się do ziemi.
Casper mruknął coś pod nosem. Pod Valdezem utworzył się gęsty żywopłot.
- Lepiej, żeby spadł na to.- powiedział- A, mam jeszcze jedną sztuczkę. Popatrz.
W tej chwili grube liany zaczęły owijać się wokół nóg zdezorientowanego Aresa.

Co myślicie o rozdziale? Proszę o komentarze.

Rozdział 29 3 Ogień i woda to Aresa szkoda

Prawa autorskie do wierszyka zastrzeżone.

Na polanę zbiegli się pozostali obozowicze, w tym wyrocznia, Rachel. Stanęła w pierwszym rzędzie, jej źrenice się powiększyły. Zaczęła komentować wydarzenia.

Kiedy Leon w bitwę Obóz wkopał
Sam był wesoły, chwycił za mopa,
Mopem uderzył w twarz wojny boga
Nagle zapanowały strach i trwoga.
Ares po ciosie szybko się zbiera
I rzuca nożami w naszego przyjaciela
Potem Jen dołącza do Leona
Kto pokona boga, jak nie ona?
Bronią się dalej, Jason już leci
Chejron przez tłum się pcha.
-Z drogi, dzieci!
Wtedy armia Aresa do lasu dociera
I między drzewami prędko się przedziera.
Dzieci boga wojny zza drzew wyskakują
Gotowe do bitwy swe miecze wyjmują.
Rannych półbogów zbyt szybko przybywa
Dlaczego nasz Obóz z Aresem przegrywa?!
No dalej, szybciutko, do bitwy, herosi!
Wygrajcie z tym bożkiem, nie dajcie się prosić!
Bóg mieczem Jasona zaatakował
Nieprzytomny chłopak w dal poszybował.

- Jason!- krzyknął Leo.
- Gdzie jest Hades?!- wrzasnęła Annabeth.
- Hadesa wezwała Persefona!- odparł Chejron- Musiał wracać do Podziemia.
Większość półbogów zajęła się pomocnikami Aresa, jedynie Leon, ja, Annabeth, Diana, Piper, kilku innych herosów i Chejron przypadliśmy na boga wojny.
- Leo!- zawołałam. Wpadłam na pewien pomysł- Daj trochę ognia!
- Jasne!- odpowiedział i podpalił sobie rękę- Odpal sobie.
Stworzyłam wodną kulę, ustawiłam nad dłonią Valdeza. Po chwili woda była gorąca. Wycelowałam pocisk w kierunku Aresa i…
- Aaa!- oberwał w nogę. Rachel zawyła:
- Super, Jennette! Świetne zagranie!
Dziś Ares wrzątkiem dostanie lanie!
Po chwili ja i syn Hefajstosa przygotowywaśmy więcej wrzących pocisków i rzucaliśmy nimi w przeciwnika.
- No widzisz, Leon.- powiedziałam, kiedy rozdawaliśmy kule innym herosom, żeby rzucali z nami w Aresa i jego pomocników- Doskonale sobie radzimy, we dwójkę.
- Oczywiście!- odparł mój przyjaciel- Wreszcie zrozumiałem to powiedzenie: Półbóg dodać półbóg równa się cały bóg!
Zaczęłam się śmiać. Z oddali słyszałam krzyki naszych kolegów. Zrozumiałam tyle, że zaczyna brakować im osób do pomocy. Chejron chyba też to usłyszał, bo rozkazał, żeby obozowicze, którzy nam pomagali poszli pomóc reszcie.
W ten sposób zostaliśmy tylko centaur, ja, Leo, Diana, Annabeth i Piper. Ann udało się zranić boga w rękę.
- Nie damy rady z Aresem!- wrzasnęła Piper, a później, za tą chwilę nieuwagi, oberwała mieczem.
- Piper!- zawołała Diana, a nasz przeciwnik zaczął się śmiać.
- Coś ty jej zrobił, głupi bożku?!- usłyszęliśmy głos Jasona. Chłopak szedł powoli w naszym kierunku z obandażowaną nogą.
- Jason, nie dasz rady walczyć! Wracaj do domku!- rozkazała Chase.
- Nie wracam! On zrobił krzywdę Piper!
Po chwili syn Zeusa dostał w ramię mieczem.
- BYŁO SIĘ WTRĄCAĆ, GRACE?!- ryknął Ares.
- Jakbym był potrzebny, krzyczcie!- powiedział Jason i poszedł. Ares wysłał za nim kilka płonących sztyletów. Trafiony heros upadł na ziemię.
- Niech mu ktoś pomoże!- zawył Chejron, odbijając tarczą palące się noże. Do brata Thalii podbiegło dwóch herosów i pomogło mu dojść do domku.
Ares zaczął się śmiać, gdy nagle dostał w brzuch diamentem.
- 10 punktów!- wydarła się stojąca kilka metrów za nami Hazel, a Frank zamienił się w rój pszczół- Przyjaciele muszą sobie pomagać, co nie?

I jak? Długi rozdział wyszedł. Jak myślicie, czy Obóz wygra? Co z Percy’m?
Czekam na komentarze.

Rozdział 28 3 Najpierw pomyśl, potem powiedz.

- Nico, co ty tu robisz?!
- Przyszedłem pomóc wam pokonać Aresa.
- Z tego co pamiętam, byłeś po jego stronie. Nie chcemy twojej pomocy.
- Jen…
- Jennette. Dla ciebie Jennette.
- Jennette, jestem po stronie Obozu.
- Ja mam Ci uwierzyć?! Oszukałeś nas, przez twoją głupotę wszyscy się kłócili!
- Przepraszam! Naprawdę jestem po waszej stronie!
- Wynoś się! Wynoś się z tego Obozu!
- Przepraszam! Chciałbym pomóc Obozowi w bitwie.
- Nie chcemy twojej pomocy.
W tym momencie usłyszęliśmy głosy półbogów wracających z ćwiczeń.
- Idę już, nie chcę, żeby Chejron mnie zobaczył. Pamiętaj, Obóz wygra nawet bez Percy’ego.
- Właśnie, Nico! Co z Percy’m?
- U niego wszystko ok. Muszę iść, powodzenia.
- Cześć.
Chłopak zniknął. Do stołówki wszedł Leon, za nim Jason i Piper.
- Cześć, dziewczyny!- zawołał Valdez- Co macie takie miny?
- Rozmawiałyśmy przed chwilą z Nico Di Angelo.- wyjaśniła Diana.
- Co takiego?! Wszystko ok?
- On powiedział, że jest po naszej stronie.- oznajmiłam.
- Jen, nie mów, że mu wierzysz?- wtrącił się Jason- To zdrajca, pamiętasz?
- Nie wyglądał jakby kłamał.
- To oszust! Kłamstwo ma opanowane do perfekcji!
- Dlaczego znowu się przez niego kłócimy?- spytała Annabeth.
- Będę ostrożna.
- Dobrze, uważaj na tego chłopaka.- rozkazał Leo- A teraz chodźmy coś zjeść.
Po chwili przyszli pozostali obozowicze i zaczęliśmy jeść śniadanie. Po posiłku wszyscy zebrali się na polanie, a Chejron zaczął mówić.
- Na razie Ares kryje się w lesie. Nie wiem,
kiedy zaszczyci Obóz swą obecnością. Nie przeszukujemy lasu, on właśnie tego chce.

- CHCECIE JUŻ PRZEGRAĆ Z WIELKIM ARESEM?!- ryknął niski głos z pomiędzy drzew.

- Tak!- wrzasnął Leo, bez wcześniejszego przemyślenia.

- DOBRZE, HEROSKI! MOJA ARMIO ARESA, PRZYGOTUJCIE SIĘ!

- Leon, co ja ci mówiłam?- przypomniałam szeptem synowi Hefajstosa, gdy ustawialiśmy się w szyk obronny wymyślony przez Chejrona.- Najpierw myślisz, potem mówisz.

I jak Wam się podoba rozdział? Co sądzicie o roztrzepaniu Leona? Czy Obóz poradzi sobie bez Percy’ego?

Rozdział 27 3 Jaki ojciec taki syn

- Ann, widziałaś moją szczotkę do zębów?
- Nie, może Jennette widziała!
- Jen, widziałaś szczotkę do zębów?
- Czyją?
- Moją! Widziałaś?
- Nie, spytaj Annabeth.
- Nie, nie, nie! Dziewczyny, litości!- wrzasnął Casper, a my przybiegłyśmy do salonu- Percy, wracaj! Nie wytrzymam tu!
- Co się stało?- spytała Diana.
- Nie lepiej poszukać szczotki, zamiast pytać wszystkich czy ją widzieli?! Jest na stole w kuchni.
- Dziękuję, kwiatuszku. Nie denerwuj się.

Kiedy poszłyśmy na śniadanie, zauważyłyśmy, że w stołówce nikogo nie ma. Annabeth i Diana zajęły przy stoliku Ateny, ja usiadłam sama przy stoliku Posejdona. Po kilkunastu minutach bezczynnego siedzenia spytałam:
- Dlaczego jeszcze nikt nie przyszedł?
- Nie mam pojęcia- odparła Ann- Chodźmy sprawdzić.
-
- Idźcie same.- powiedziała Diana- Ja zaczekam, może ktoś przyjdzie.
- Dobrze, chodź Jen.- powiedziała Chase i wyszłyśmy ze stołówki.
- Gdzie najpierw idziemy?
- Może sprawdźmy domki.- wymyśliłam.

- Diana… Psst… Diana…
Dziewczyna obróciła się w stronę drzwi wejściowych. Zatkało ją.
- Idź stąd!- krzyknęła- Albo zawołam Chejrona!

- Diana!

- Nie odzywaj się! Idź stąd!

- Diana, daj spokój! Nie chciałem być zdrajcą! Ojciec mnie zmusił?

- A od kiedy ty słuchasz ojca?!

- Diana, proszę Cię. Mój ojciec jest po waszej stronie, więc ja też.

- Mam uwierzyć, że magicznie się nawróciłeś?!

- Wiem, że straciłem twoje zaufanie.

- Przeszedłeś na stronę Aresa tylko dlatego, że Jen wybrała Leona!

- Wiem, Diana. Przepraszam.

Szłyśmy ponownie w stronę stołówki. Chejron zrobił dodatkowe ćwiczenia, dlatego w stołówce nikogo nie było. Zanronił również herosom zbliżać się rano do naszego domku, żebyśmy odpoczęły po całej tej sprawie z Percy’m. Miałyśmy pójść po Dianę i razem przyjść na polankę na śniadanie na powietrzu.

Dotarłyśmy do stołówki. Otworzyłam drzwi i powiedziałam:

- Chejron zrobił ćwicze… Aaa!- wpadlam na kogoś. Odsunęłam się i popatrzyłam na osobę stojącą przede mną.

- Jennette.- powiedział chłopak.

- Cześć, Nico.